poniedziałek, 23 września 2013

from that thrift shop down the road

Ten weekend był bardzo udany :) W piątek po szkole miałam spotkanie foreign exchange students z uczniami z French i German Clubs. Poznałam mnóstwo ciekawych ludzi. Hailey zaszła po mnie po callbacks; pojechalysmy do Garreta, jej wujka.  Ma trzech [przesłodkich] synów, z dwójką jechał na jakiś mecz i potrzebował kogoś, kto by posiedzial z najmłodszym Eli. Naszymi przyjaciółmi na ten wieczór byli Spongebob, Mario i przypalone chocolate chip marshmallow cookies. All in all, ...wszyscy zasnęliśmy. 

Przypalonym ciasteczkami nikt się nie przejmował; największym szokiem dla wszystkich
było to, że nie robiłyśmy ich z mixu...

Garret z dziećmi i żoną wrócili ok. 22. Pojechalysmy do domu, przypominajacego trochę prywatną szkołę żeńską. Justin jest trenerem varsity girls soccer team i tego wieczora mieli movie night w ramach team bonding. Miałyśmy zamiar iść do kina, ale zanim się zabrałyśmy, wszystkie dziewczyny wyszły,  więc nie musialysmy się chować po kątach.  Zamiast tego gadalysmy w moim pokoju do 3 w nocy.
Następnego dnia jechalysmy do Portland a dokładniej Hawthorne Blvd - najbardziej hipsterskiej dzielnicy o jakiej słyszałam. Zaczęło się w piątek od 'I want to be out by 10', przez 'we'll leave by 11' a doszło do 'shit, it's already 12:30'. Tym sposobem o 13 byłysmy w samochodzie (dodam tylko, że w zeszłym tygodniu 2 razy spoznilam sie do szkoły). Na poczatku skacząc ze szczęścia zaciagnęłam Hailey do sklepu Ben&Jerry's. Najpiękniejsze smaki świata w jednym miejscu ♥ Na pewno jeszcze nie raz się tam znajdę.  Potem już tylko latałysmy po ogromnych, cudownie wyposażonych thrift shops odkąd to właśnie jest motyw przewodni mojego Homecoming! Ale na zakupie przebrań się nie skończyło... :)
Do domu wróciłysmy ok. 23 i rozpoczęłysmy movie night.









Dziś zdecydowałam się na pójście do kościoła Hailey. Jest mniejszy od Good Shepherd's, do którego chodziłam przez ostatnie dwa tygodnie, dużo mniejszy, ale system jest całkiem podobny. Zaszłysmy do domu Noah, chłopaka Hailey,  którego rodzice prowadzą Youth Group i w ogóle są dość zaangażowani w community activities. Ich dom jest zawsze pełen... wszystkiego, bo Noah ma czwórkę rodzeństwa :) Po powrocie musiałam skończyć research na projekt na Oceanic (ku mojemu zdziwieniu nie było to takie nudne jest myślałam). Hailey w tym czasie odwiozla siostrę do Portland na Concordia University - na weekend przyjechała do domu. Jak wróciła pojechalysmy do Sandy Theatre zobaczyć ..sztukę?  (to jest chyba trochę zbyt oficjalne) z udziałem jednej z absolwentek naszego liceum. Na miejscu spotkalysmy się z Noah i Tungiem, którzy stali przed teatrem, gdzie żadna sztuka się NIE odbywała. Pewnie wybierzemy się tam za 2 tygodnie, kiedy faktycznie będą ją wystawiać - Hailey pomyliła niedziele.  Odkąd byliśmy już na zewnątrz,  wszyscy razem, zdecydowaliśmy się pojechać na zakupy, a potem na sushi, do Gresham. 


To jedna z tych restauracji, gdzie robią wszystko na twoich oczach, kładą wokół
tej wyspy, a płacisz w zależności od koloru talerza. Ludzie tutaj tego tak nie postrzegają, ale
w porównaniu do Polski, jest dość tanio.

W drodze powrotnej zahaczylysmy z Hailey o World's Market, czyli sklep z produktami z całego świata - w tym z jedzeniem. Mialam niezły ubaw słuchając narzekań Hailey  jak to Kinder czy Cadbury można znaleźć tylko w tym jedbym miejscu, a potem uświadamiając ją o polskiej powszechnosci tych rzeczy :D

Wieczór spędziłam umierając nad książką do anatomii, z Hailey kompletnie olewającą wszystkie prace domowe na przemian robiącą mi porządek na toaletce lub leżącą ma moich plecach. 


Mój pokój ♥

Ten weekend udowodnił mi jak to dobrze, że się spotkalysmy. Rozumiemy się bez słów, chociaz nie jesteśmy aż tak bardzo podobne. Czuję, jak bardzo jej zależy i widze jak bardzo angażuje w mój pobyt tutaj. Jestem naprawdę szczęśliwa ;))




piątek, 20 września 2013

It's a brand new...start?

Tydzień zaczął się naprawdę dobrze :) Poniedziałek, poza stosami homework, tests, quizes & assignments, przyniósł niespodziewankę. Po południu dostałam wiadomość, a 30 minut później siedziałam u Hailey - ze wszystkimi swoimi skarbami. U Hailey, a w zasadzie nowej siostry. Zmieniłam rodzinę!
Słowo wyjaśnienia: w poprzednim domu nikt mnie nie bił, nie głodził, nie trzymał w piwnicy. Oni są naprawdę świetni i wiem, że bardzo chcieli mi pokazać Stany i całą amerykańską kulturę - przeżyłam z nimi (i dzięki nim) cudowne dni nad oceanem! Powiedzieli, że ich drzwi będą zawsze otwarte, a ja na pewno nie mam zamiaru zrywać z nimi kontaktu. Tak po prostu będzie lepiej dla obu stron ;)
Już 2 tygodnie temu zrozumiałam jakim typem rodziny jest ta, u której teraz mieszkam, gdy po dosłownie 5 minutach rozmowy Hailey wykrzyknęła 'YOU CAN MOVE IN WITH ME!'. Gdy decyzja ostatecznie zapadła, ich zaangażowanie ...co najmniej mnie zaskoczyło. 
Po pierwsze - mogłam sobie wybrać pokój.  Wybrałysymy kolor farby i to właśnie to pomieszczenie malowałyśmy w sobotę. 
Po drugie - Penney, h-mom, kupiła mi meble! Jest projektantką wnętrz więc całość wygląda imponująco. Pokój typowej amerykańskiej nastolatki - z lampkami nad łóżkiem (mam też ogromną literę K) i cytatem pod sufitem. Jest garderoba i toaletka :D  No i King size bed obowiazkowo. Po wprowadzeniu się, dostalam za zadanie skomponować listę rzeczy do pokoju, których jeszcze potrzebuję.
Pierwsze dwie noce spalam u Hailey - raz nie chciało mi się wychodzić z jej pokoju, a raz zrobilysmy za duży bałagan na moim łóżku żeby go sprzątać. Tego dnia poszlysmy spać po 1 (ja robiłam kolaż, a Hailey homework z Trig). Jak się dowiedzialam, że siostra wstaje o 5 to ją poprosiłam, żeby mnie obudzila o 6. Wstalysmy o 7, więc spoźniłyśmy się do szkoły, ale Penney napisała nam notes, czyli usprawiedliwienia, z którymi idziesz do attendance office, dostajesz karteczkę dla nauczyciela i idziesz na lekcję.
W szkole idzie mi dobrze.  Na Journalism redagujemy news articles. Oddajemy je nauczycielowi tyle razy ile chcemy, on zaznacza elementy do poprawki i piszę jaką część credit dostajemy. Zwracasz pracę tak długo, aż nie dostaniesz takiej ilości creditu jaką byś chciał :D

Nauczyciel U.S History jest moim idolem, ale z mózgu zrobił mi śmietnik, więc nie zdziwię się jak pod moim testem w przyszły tygodniu zastanę napis 'failed miserably'. Tak na marginesie system zawiadamiania uczniów o teście to mniej więcej 'you're gonna have a test on Thursday..or on Friday, or maybe next week' lub też napis na tablicy 'surprise pop quiz tomorrow'.
Na Oceanic pracujemy nad projektem o zachęcającej, motywujacej do pracy nazwie 'Why should we care'. Mam fajną grupę, więc jest ok ;) Ludzi z tych klasy na początku znałam najmniej, ale teraz jest tam parę osób, z którymi naprawdę, naprawdę dobrze się rozumiem.
Moją ulubioną klasą jest Anatomy. Dziś zaczęliśmy nowy dział, gdzie ilość słownictwa którego nie znam przerasta Boże pojęcie, ale robię co mogę. W piątek mieliśmy quiz. Uwaga, uwaga:


Wczoraj z kolei mieliśmy test. Z czego? Z tego samego co quiz + jedna lekcja. Moje pytanie: what's the point?
Kolejny quiz miałam na hiszpańskim. Chociaż nigdy się go nie uczyłam, uważam, że idziemy dość wolno z materiałem.

Popołudnia zazwyczaj spędzam z Drama kids, bo trwają callbacks do musicalu. Dziś jednak nie zostałam w szkole, tylko poszłam z Emmaline do herbaciarni. Przegadałyśmy tam chyba ze 2h ;) Emi pracuje w stagecraft, więc jest związana z Drama, ale nie na poziomie callbacks.

Drama crew; to właśnie z tymi ludźmi spędzam lunch ;D
[high quality photo thanks to Hailey's phone ...]

 Wieczorem, po obiedzie, zrobiłyśmy z Hailey ciasteczka [Nestle cookie dough w pomocy]. Na szczęście Justin (h-dad) i ja dobrze się rozumiemy, bo tylko połowa dough poszła na ciastka. Resztę zapakowaliśmy do lodówki i jemy na surowo ;D Zaczęłyśmy z H. tworzyć listę rzeczy, których muszę doświadczyć. Jak Justin i Penney się dowiedzieli, to od razu zaczęli dorzucać pomysły. Taaaaak dobrze się rozumiemy! Mamy zupełnie inną relację niż z poprzednią rodziną. Bardziej typu 'shut up, don't judge me, we're supposed to be friends'. 

Macie jeszcze mnie ;) Czekamy w green roomie podczas call backs.

Zapomniałam o tym napisać, ale w dzień mojego wyjazdu na wybrzeże wyszła gazeta z artykułem o mnie ;)

Kilka odpowiedzi na pytania z komentarzy:
1. Jeżeli chodzi o kursy angielskiego to nie brałam żadnych. Prywatne lekcje miałam odkąd poszłam do szkoły. Nauka języka nie była moim głównym celem wyjazdu, ale jeżeli ktoś sobie tak zaplanował, to przyśpieszona nauka angielskiego przed wyjazdem jest moim zdaniem bez sensu. 


2. Poprawa języka? Może. Na pewno jeżeli chodzi o słownictwo specjalistyczne, związane z poszczególnymi dziedzinami w szkole oraz 'slang'. Grama trochę podupadła. Jak tu przyjechałam to mówiłam gramatycznie bardzie poprawnie niż moi znajomi [tak, w tym przypadku na ludzi takich jak ja mówimy tutaj 'full of themselves', ale to prawda]. Przestałam zwracać na to uwagę, więc teraz po prostu mówię jak wyjdzie. Nie mówię 'she don't', jak część amerykańskich nastolatków, ale też wyszłam z nawyku poprawiania samej siebie.

3. Początki w szkole - jestem strasznie zmęczona, a pisałam już o tym wcześniej, więc krótko. Pierwszy tydzień był jak na razie najgorszy. Każdy dzień jest lepszy od poprzedniego. Mam już swoich znajomych, więc nie do końca zależało mi na poznawaniu innych aż tak bardzo jak na początku, ale z dnia na dzień coraz więcej ludzi samo do mnie podchodzi i zaczyna rozmowę. Połowie z nich przedstawiłam się dwa razy, bo nie zapamiętałam, że się poznaliśmy ;) Nie było dnia, kiedy po szkole szłam do domu i tam zostawałam. Codziennie robię coś ze znajomymi, coś się dzieje ;))

poniedziałek, 16 września 2013

and it feels like home {almost}

Kolejny tydzień za mną ;) W szkole czuję się już a miarę jak u siebie. Nadal nie znam systemu kupowania lunchu, ale póki co się tym nie martwię. Raz po raz nie udaje mi się otworzyć szafki, ale a) albo w końcu Bóg się nade mną lituje albo b) spostrzegam, że jestem na złym piętrze i usiłuję się do kogoś włamać. 
W środę byłam z Hailey na spotkaniu Youth Group. Ilość osób jakie poznałam była dość zatrważająca, nie zapamiętałam większości imion. W tym tygodniu chyba też pójdę, bo ogólnie jest bardzo miło. To jest taka jedna wielka rodzina. 
W piątek rano Elisha jechała na basen więc do szkoły pojechałam z Hailey.  Zatrzymała się w Toll Gate i kupiła nam kawy muffinki na śniadanie ♥ Chlebem to się Ameryka chwalić nie powinna, ale na złą kawę póki co nie trafiłam. Piątek 13. nie zadziałał, bo dzień był naprawdę dobry. Miałam test z anatomii, mam nadzieję, że wyszedł jako tako, bo słownictwo jest naprawdę trudne. Tzn. ciężko zapamiętać co jest co. Po drugiej lekcji mieliśmy assembly. Jak weszłam na salę gimnastyczną to na twarzy miałam jednego wielkiego banana, bo wyglądało to dokładnie jak na filmach - uczniowie siedzą na trybunach, szkolna orkiestra grała "We're not gonna take it", cheerleaderki z maskotką na środku. Do tego był white-out day, czyli mieliśmy się ubrać na biało. Tak samo jak na orientation pierwszego dnia, school president z całą resztą zorganizowali 'games'. Najbardziej mi się podobało to: z każdej grade wybierali chłopaka i dziewczynę. Mieli stanąć na przeciwko siebie, tak żeby się widzieli. Każdej parze dali prostokątny kawałek pleksji, jakby szybę, z ogromną plamą masła orzechowego otoczoną bitą śmietaną. Ta para, która zlizała to najszybciej wygrywała. Wyglądało to dość śmiesznie :D


  Wieczorem wróciliśmy do szkoły, bo odbywała się pierwsza home game. I tak jak w pierwszej połowie próbowałam cokolwiek zrozumieć i mniej więcej słuchałam wyjaśnień, tak po przerwie olaliśmy grę i gadaliśmy. A właściwie wszyscy byliśmy tak zmęczeni, że smialismy się z byle czego. 




Sobotni poranek - w czwartek i piątek tylko czekam żeby się w końcu wyspać. Do południa robiłam basically nothing, poza próbą opanowania swoich nerwów przy rozmowie z konsultantką t-mobile. Jestem tu od 18 sierpnia a telefon aktywowalam dopiero wczoraj, czyli zadziałał syndrom 'tak, zrobię to jutro'. Po południu poszłam do Hailey. Musiałam rzucić się na łóżko  żeby ją obudzić. Była strasznie zmeczona po pracy - uczy dzieci gimnastyki! Po jakiejś godzinnej próbie organizacji, w końcu zabrałyśmy się za malowanie pokoju. Kolorowa farba nie była jeszcze kupiona, więc na razie machnęłyśmy całość na biało. Znacie tę sytuację kiedy macie zrobić z przyjaciółmi projekt, spotykacie się w domu jednego z nich i robicie wszystko jakieś milion godzin? Mniej więcej tak wyglądało malowanie; w ciągu 2h pomalowalam 70% jednej ściany.  Nic dziwnego, że z domu wyszlysmy dopiero o 21. Kupilysmy lody i zawiozlysmy rodzicom Hailey. Zajechałyśmy też do TCBY, taka kombinacja lodów i frozen yogurt. Podczas gdy H. wybierała coś dla swojej mamy, ja nalewałam sobie wszystkich smaków do malutkich pojemniczków-próbek, co powtarzałam chyba ze 3, więc jestem prawie pewna, że nikt mnie tam więcej nie obsłuży ;p Pojechałyśmy do Taco Bell.  Jak na razie w fast foodach byłam tylko 2 razy więc wierzcie lub nie, ale naprawdę się ucieszylam, że tam trafiłysmy :D Kupilysmy crunchwrapa dla mnie, burrito dla Hailey i 12 tacos dla taty H., hahaha. Nie, on naprawdę tyle chciał. No dobra, chciał 10, ale tak się bardziej opłacało. Wzięłyśmy na wynos i pojechałyśmy do domu. Trochę czasu zeszło zanim wrocilam ...do swojego domu bo gadalysmy naprawdę długo. 






Dzisiejszy dzień, niedziela, był dość rodzinna. Kościół, grocery shopping, house cleaning. Wciąż muszę zrobić coś do szkoły, ale już nie mogę się doczekać na początek tygodnia. Napiszę coś w ciągu następnych dni, bo sami zobaczycie, że szykują się zmiany :D!

a tak się uczymy na Oceanic Science; jak na razie na 9 lekcji, 2 były z nauczycielem...

poniedziałek, 9 września 2013

foreign? awesome!

Pierwszy tydzień szkoły za mną! Moje 'bardzo mi się tu podoba' nie opisze tego jak się tu dobrze bawię :D Każdego dnia poznaję nowych ludzi. Jest różnie - czasami to ja zaczynam rozmowę, czasami po prostu siedzę, a to inni podchodzą i się przedstawiają :) a potem zadają przygnębiające pytania od 'czy macie iPhony' do 'po jakiemu normalnie mówisz'. W sklepie kasjerka zapytała się skąd jestem, a jak jej odpowiedzialam, zrobiła minę jakbym była co najmniej z Mordoru albo Nibylandii, hahah.  No dobra, są też tacy którzy naprawdę wiedzą gdzie jest Polska i z kim graniczy.
Jeżeli chodzi o lekcje:
- na hiszpańskim przez całe 4 dni omawialiśmy jak działa książka i jak będą wyglądać lekcje.
- journalism - faktycznie się czegoś uczymy, omawiamy artykuły, zasady pisania, redagowaliśmy nagłówek, chyba już na credits
- drama - na razie zwiedzaliśmy backstage; chodziliśmy po catwalkach, czyli tych podwieszeniach przy sufitach, pracowniach, green roomach, garderobach etc.
- u.s. history ...u.s. history. 
- anatomy - ta klasa jest dosyć trudna, bo jest baaaaaaardzo dużo zapamiętywania. Muszę się uczyć wyjaśniać gdzie jest visceral peritoneum albo co to znaczy cephalic, perineal, popliteal etc. Kiedyś wam pokażę, to zrozumiecie. Jednocześnie to jest chyba moja ulubiona lekcja, więc jej nie zmienię.
- body&'sole' - biegamy + pracujemy nad rozgrzewką
- oceanic science - na razie nie zrobiliśmy nic, bo mieliśmy 2 zastępstwa
W środę po szkole byłam na water polo game. I chociaż sama gra mi się bardzo podobała, to nie moglam się skupić bo cały czas z kimś rozmawiałam. Z ludźmi z WP zakumplowalam sie na samym początku  i to z nimi mi się najlepiej gada ;) Na samym game poznałam Hailey - dziewczynę bardzo oddanej Drama. Jest to jedna z najmilszych osób jakie kiedykolwiek spotkałam. Ale to tak niesamowicie miła. Poszłam do niej po meczu i przesiedziałam tam caly wieczór; nie moglysmy się nagadac ;) W szkole jest trochę śmiesznie bo mam pełno znajomych - ale to nie to samo co ludzie, z którymi chcesz spędzić każdy lunch. Na szczęście nie muszę się martwić o przerwy, bo w ciągu tych 30 sekund kiedy faktycznie mogę pogadać,  zawsze się ktoś napatoczy. 
Wiem, ze wielu wymienców pisze o tym, jak to amerykańskie nastolatki lubią spędzać czas w szkole itd. ..ale piątek to piątek,  każdy się cieszył na weekend! :) Jak h-family wróciła do domu, pojechaliśmy na chwilę na Sandy Oktoberfest.  To taki ..mały Oktoberfest, ale chyba bardziej przyzwoity dla minors :D  Byłam mniej więcej umówiona z Hailey, ale cieszę się, jak mogę spędzić czas z rodzinką,  więc nie bylo problemu. Dowiedziałam się, że h-parents wieczorem wychodzą, a Elisha śpi u Cherrie, jako, że z samego rana musi być na Color Run (miałam być tam wolontariuszką, ale od rana miałam FES Orientation :c). Jak wróciliśmy do domu, przyjechała więc po mnie Hailey, odwiezlismy jej znajomych na imprezę, a potem zrobiliśmy sobie ponad godzinny roadtrip, z przystankiem na Slurpies/Slushies (takie jak w Glee :D). Mamy już całą to-do list. Tego wieczora się naprawdę dobrze bawiłam. Przynajmniej tak myślałam do 5:50 następnego dnia, kiedy BLADY ŚWIT SOBOTY kazał mi wstać na orientację. Na 9 mieliśmy być w Salem, 2h drogi z Sandy. Niezbyt dobry plan na weekend. Tak myślałam,  dopóki nie wsiadłam do gigantycznego vana mojego koordynatora z 3 innych exchange - Julio z Brazylii,  Carlottą z Niemiec i Tungiem z Wietnamu. Najlepiej! Wszyscy się świetnie dogadujemy, mamy swoje 'inside jokes' i czujemy się bardzo swobodnie w swoim towarzystwie.

Tung

nie, nie zwracajmy uwagi na upokarzającą wartość tego zdjęcia;
Julio, Carlotta, ja



Dziś, w niedzielę, spałam AŻ DO 9, co przy codziennym wstawaniu przed 6 odczuwam jakbym wstała o 14. Zdążyłam w sam raz, żeby iść z rodzinką do Kościoła, chociaż to chyba nie do końca odpowiednie słowo, żeby opisać to miejsce. Community pasuje bardziej. Budynek jest ogromny, podzielony na north i south, z pokojami przypominającymi sale konferencyjne, audytoria, mieszczące ok. 1000 osób. Przed nimi stoi właśnie te 1000 osób. Wygląda to trochę jak family reunion. Gdzieś w kącie mieści się kawiarenka, w której "nowi" dostają to, co sobie wybiorą bez konieczności płacenia, a do tego wszystko można wnosić na 'mszę'. Zaczęło się od śpiewania, bardziej w stylu gospel niż naszych tradycyjnych psalmów. Ludzie się bardzo wczuwali, śpiewali z zamkniętymi oczami, podnosili ręce. Drugą częścią była opowieść, współczesna przypowieść, wygłaszana przez pastora. Kontakt z ludźmi jest zupełnie inni. Gdy dziecko zaczęło płakać - pastor się zaśmiał, zaczął żartować na ten temat, ze sceny rozmawiał z mamą dziecka. Tak samo gdy komuś zadzwonił telefon. Czuło się to bezpośredniość (z polskim idzie mi coraz gorzej, uszanujcie moje słowotwórstwo - do not judge me).




Po południu pojechaliśmy do domu mojego koordynatora, Cliffa. Poza ekipą z wczoraj, było trzech jego synów, z których z dwoma chodzę do szkoły, i pełno jedzenia, w tym najlepsze na świecie brownie. Wspaniale się bawiliśmy :D Szkoda, że braci nie było wczoraj z nami. Nie powiem, że jest to to samo, co moi przyjaciele w Polsce, bo nikt ich nie zastąpi, ale wygląda to co najmniej tak, jakbyśmy się znali od lat ;) Myślę, że powoli zaczynam się tu odnajdywać. Każdy dzień jest lepszy od poprzedniego i każdy przynosi coś nowego. Jestem ciekawa jakie niespodzianki przyniesie ten tydzień.. ;D

wieczorem, jak już zrobiło się ciemno, rozpaliliśmy ognisko i robiliśmy Reese's s'mores 

środa, 4 września 2013

Summer's over, darling

Dzisiaj wstałam o 5:55.No, pomijając te cztery razy w nocy. Nie mogłam spać z całej ekscytacji. Otwierałam i zamykałam klimatyzację na przemian. Chodziłam po domu. Nudziłam się, bo nie czułam zmęczenia. No wiadomo, że poczułam je jak zadzwonił budzik, ale co w tym dziwnego? Przed 7 wyszłyśmy z domu na autobus. Szczerze powiedziawszy, szału nie ma. Tzn. nie żebym się spodziewała księcia z bajki w środku, ale poza wyglądem amerykańskiego autobusu szkolnego, nie robi dużego wrażenia :D 15 minut później stałam już w szkole, z odebranym oficjalnym schedule. Okazało się, że mam się udać do Main Gym na freshman orientation (freshman + newcomers! W końcu cieszę się przywilejami seniors). Krótka prezentacja szkoły, orientation tour w zorganizowanych grupach, a na końcu coś z serii 'gry i zabawy'. Już wtedy poznałam parę osób, tzw. transfer students, tak samo osamotnionych jak ja ;p
Tym sposobem nie poszłam na dwie pierwsze lekcje. Ominęłam Spanish i Journalism. Trafiłam więc od razu na Drama. Nauczyciel jest bardzo wesoły, ma świetny kontakt z uczniami. Opowiadał nam trochę o nadchodzących auditions, my opowiadaliśmy o sobie. Pogadaliśmy sobie też trochę o sztukach o Polsce, które przygotowywał.
US History - siedzę obok Kyle'a z water polo i jego kolegów oraz Tung'a z Wietnamu, innego exchange, więc jest śmiesznie ;D Przypominają mi trochę moje polskie towarzystwo, dobrze się dogadujemy.
Anatomy&Physiology - moja nauczycielka jest bardzo miła, ale przykłada się do tego co robi. Trochę jak moja polska nauczycielka biologii. To jest college class, więc mam nadzieję, że podołam ;) Dziś kazała nam się na kartkach przedstawić, napisać dlaczego wybraliśmy tę klasę, jakie mamy plany na przyszłość i w ogóle opowiedzieć coś o sobie. Pod koniec lekcji mieliśmy to zostawić na biurku.
Po piątej lekcji mam lunch. Ku mojemu zaskoczeniu przyszła po mnie siostra ze swoją przyjaciółką. Usiadłyśmy razem z Elissą, którą poznałam na dwóch pierwszych lekcjach. Nie siedziałam jednak w jednym miejscu. Pogadałam z Kylem, połaziłam po cafeterii, a jak dziewczyny poszły do szafek, zawołała mnie Paola, dziewczyna, której pokój malowałam w dzień przyjazdu do Stanów i przedstawiła mnie swoim znajomym. Co do jedzenia - przeszłam tylko między 'stoiskami' z tym co podają. Wiem, że są jakieś owoce, ale większość ludzi miała mieszankę Taco Bell i Pizzy Hut. Dziękuję, postoję. 
Po lunchu mam Body&Sole. Dzisiaj nawet się nie przebieraliśmy, tylko wprowadzenie. Szczerze powiedziawszy, na każdej lekcji mamy introductions. Na US History nauczyciel nas poprosił, żebyśmy do końca lekcji zajmowali się ignorowaniem go, podczas gdy on wypełnia sitting chart. Wracając do B&S - jutro najprawdopodobniej mamy jogę. Jeżeli chcę, to mogę to sprawdzić na miesięcznym planie na korytarzu, ale pytam  KIEDY? 5 minut w takiej szkole jak Sandy High School to po prostu 5 minut biegu po schodach.
Ostatnia lekcja to Oceanic Science, czyli kolejna seria zabaw. I kolejny nauczyciel, który w Polsce by po prostu nie przeszedł. Rapował dla nas i opowiadał o tym, jak kiedyś musiał pobierać próbki moczu, od faceta z jakąś toksyczną infekcją...
Po szkole miałam jechać na water polo game, ale została przeniesiona na jutro. Mimo wszystko, spieszyłam się na autobus. Pokonałam triatlon do szafki, do której po moich 3 próbach otwarcia jej w jak najkrótszym czasie podeszła dziewczyna, z którą dzielę to miejsce. Pomogła z kombinacją .. i to by było na tyle. Podziękowałam jej tylko za to, jak się zorganizowała w szafce. Jedyne co o niej wiem to to, że jest ładną blondynką :D
Dotarłam do domu i zanim się obejrzałam była ze mną całą rodzina. Po próbach ulepienia jakiegoś obiadu z produktów z lodówki, padła decyzja o chińszczyźnie. Pojechaliśmy więc do pobliskiego chinese place, w którym przeszłam samą siebie. Dziękowałam Bogu i Elishy za spacer do domu :D
 

school supplies

niedaleko mojego domu mamy taką jakby bazę autobusów szkolnych ;p

Mam dla was jeszcze kilka zdjęć ze wcześniejszych wydarzeń. W sobotę pojechałyśmy z Elishą do Clackamas Mall. Oczywiście wpadłam w niewyobrażalną dekoncentrację po wejściu do centrum, więc naprawdę współczuję siostrze, że musiała ze mną chodzić.


Mają mini wesołe miasteczko w centrum handlowym



Zapisałyśmy Elishę na konkurs dla modelek :D

 
Barnes&Noble - największa księgarnia w jakiej byłam. W pewnym momencie usłyszałam swoje imię. Okazało się, że Elisha woła mnie z góry, o której istnieniu w ogóle nie wiedziałam.


PINK - siostrzany sklep VS. That's what makes us girls.

W niedzielę po drodze po school supplies zajechaliśmy na lunch (a jakże by inaczej). To co jadłam, było jedną z lepszych rzeczy, jakie było mi dane jeść w Stanach. Trafiliśmy do lokalu Jazzy Bagels. Wybrałam orange cranberry bagel z walnut raisin creme cheese (orzechowo-rodzynkowo Philadelphia) z truskawkową galaretką. Mimo tego, że brzmi jak sheets&shits, to jest naprawdę dobre!


Wczoraj, ostatni dzień 'lata', spędziliśmy rodzinnie. Wybraliśmy się na Portland Meadows, na których odbywały się wyścigi koni ;)


Zobaczymy, co przyniesie mi ten tydzień. Jak na razie jestem bardzo pozytywnie nastawiona. Jestem tylko ciekawa jak długo będzie się ten nastrój utrzymywał ;)

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Bella Beach

Ostatnie dni zaliczam wakacyjnego wyjazdu i szczerze mówiąc, były to jedne z przyjemniejszych wczasów na jakich byłam! :)
Środa:
Wstałam o 8:02, podczas gdy z domu mieliśmy wyjechać o 8. Szybko się ogarnęłam, choć w zasadzie nikt mnie nie pospieszał.  Na 8:15 byliśmy umówieni z counselor w szkole. Zarejestrowałam się i ruszyłam do jego biura. Klasy miałam mniej więcej wybrane wcześniej więc nie bylo dużego problemu. Mój wstępny plan wygląda tak (chociaż 100-procentowe potwierdzenie dostanę pierwszego dnia szkoły):
Drama
Journalism
Spanish
U.S History
Anatomy&Physiology
Body&'Sole'
(coś w stylu wfu, opisywane jako cardio, pilates, yoga etc.)
Oceanic Science

Jestem z tego planu bardzo zadowolona chociaż będę się czuła dziwnie bez matmy. Dostałam też swoją szafkę i uwaga! UMIEM JĄ OTWIERAĆ! Sandy High jest podzielone na skrzydła. W Oregonie nają bardzo bogate wildlife dlatego podobają mi się nazwy poszczególnych części: Mountain, Forest i River.
Ok. 12 wyjechalismy z domu. Po drodze zatrzymalismy się na lunch w Arctic Circle - typowo amerykańskim lokalu/barze/fast-foodziea, jakie widzi się na starych filmach. Tim i Tina jedli w nim jako dzieci. Całość przesiąknięta była zapachem tłuszczu więc zdecydowałam się na shake'a. Był to najlepszy shake jakiego w życiu jadłam! Strawberry cheesecake. Tak, jadłam go, bo nie nadawał się do picia. Był jak lody, w srodku znajdowała się łyżeczka.


Gdy dojechalismy wybraliśmy się na długi spacer po plaży. Widok był naprawdę piękny.Wieczorem mieliśmy ognisko na plaży. Robiliśmy s'mores! Wprawdzie nie były to moje pierwsze w życiu, ale pierwsze oryginalne -  z Hershey's i Graham crackers. 






Zostaliśmy aż do zachodu słońca. Gdy ognisko powoli wygasało ja, Krista (siostra h-mom) i Elisha zdecydowałysmy się wrócić do domu, bo jak się okazało, na tarasie z drugiej strony jest hot tub! Siedziałyśmy więc w jacuzzi i podziwiałysmy pełnię księżyca.


Czwartek:
Elisha zawsze wstaje o 6:30. Zawsze! Jest to spowodowane tym, że bierze lekarstwa o tej porze. A odkąd dzielimy razem pokój na wakacjach, prawie dostałam ataku serca słysząc jej budzik. Zebrałam się z łóżka (do którego swoją drogą trafiłam o 4 rano, bo wtedy to Krista przestała wydawać dźwięki przez sen - wcześniej spałam na kanapie). Czułam się dziwnie zmotywowana do porannego joggingu - a podziwiając przy okazji wszystkie urocze domki w Bella Beach, to naprawdę przyjemne. Przed południem byliśmy już w samochodzie. Naszym głównym celem było miasteczko Newport. Jak dla mnie, całość wygląda jak jedno wielkie downtown, ale okazuje się, że jest całkiem spore. Dotarliśmy do obserwatorium, z którego widzieliśmy wieloryby :D Po odwiedzeniu kilku art stores trafiłam do hipsterskiej księgarni. Gdy właściciel dowiedział się, że jestem z Polski wskazał na kolorową mapkę na ścianie z powbijanymi pinezkami. Dostałam więc zadanie :) Z Poznania jeszcze nikogo nie było, ale znaleźli się tam ludzie z Warszawy, Wrocławia  i Krakowa.

Przed wyjazdem z Newport zjedliśmy jeszcze dinner w irlandzkiej restauracji. Bardzo amerykańsko, nie powiem ;) Tego dnia spróbowałam także Saltwater Taffies. Są to kolorowe mordoklejki w przeróżnych, bajkowych smakach, sprzedawane najczęściej na wybrzeżach. Jeżeli je znajdziecie - spróbujcie, są naprawdę dobre.

Sufit jednej z winiarni w Newport

Piątek:
Dzień zapowiadał się świetnie już od rana. Na śniadanie Peg (żona taty h-mom) przyrządziła nam przepyszne cinammon french toasts. Na ten dzień nie mieliśmy planów. Peg zabrała więc mnie i Elishę do centrum handlowego. Nie było to takie typowe centrum. Raczej plac, do wszystkich sklepów wchodziło się od wewnątrz. Po powrocie wybrałyśmy się z siostrą na spacer po plaży. Przechadzając się po brzegu natknęłyśmy się na ogromne złoża agatów, których wcześniej nie udało nam się znaleźć, więc zamieniłyśmy się w poszukiwaczy złota. Wróciłyśmy ok. 18. Szybko się przebrałyśmy, bo na 19 mieliśmy rezerwację w tej irlandzkiej restauracji z poprzedniego wieczora. Do domu dojechaliśmy przed 22; byłyśmy tak zmęczone, że nie zrobiłyśmy dosłownie nic - po prostu położyłyśmy się spać.



Sobota:
Zaczęłam odczuwać zmianę diety, chociaż nadal nie jem fast-foodów, nie odchodzę od sałatek i owoców, a śniadania jem podobne do tych w domu. Większość dnia spędziliśmy w okolicach portu i latarni morskiej, przyglądając się lwom morskim. Podobało mi się to, że ani tych zwierząt, ani wielorybów, nie widziałam zza szyby, czy specjnalnie przyciągniętych z naturalnych warunków. Jak chciały, pojawiały się, przypływały, jak nie - wszyscy mogli iść do domu. Wracając do domu, zatrzymaliśmy się w miejscu, z którego rozciągał się najpiękniejszy widok, jaki w życiu widziałam. Nie wiem, jak długo tam stałam, ale nie miałam najmniejszej ochoty stamtąd odchodzić. Wstawię coś, jak tylko zgram zdjęcia od rodzinki.

Dziś jest niedziela. Piszę tą notkę już z domu. Dzień był jednak idealny od samego rana. Gdy zeszłam na dół, zobaczyłam stos orange-blueberry pancakes razem z garnuszkiem gorącego syropu klonowego obok. Chyba się wszyscy domyślają, że były naprawdę dobre :D Po śniadaniu poszliśmy na ponad trzygodzinną, ostatnią przechadzkę po plaży. Jako mała dziewczynka zawsze chciałam mieszkać nad morzem. Potem jednak doszłam do wniosku, że to nie jest poprawne marzenie - życie w takim miejscu szybko by mi się znudziło. Teraz wiem, że to nieprawda. Do wody zawsze mnie ciągnęło i to się chyba nigdy nie zmieni. Nad oceanem zobaczyłam jedne z najniezwyklejszych miejsc w jakich byłam. Móc powiedzieć: "Przejdźmy się na plażę, pochodźmy brzegiem oceanu"? Najpiękniejsza rzecz, jaka przydarzyła mi się tych wakacji.


Domek, w którym zostawaliśmy

środa, 21 sierpnia 2013

baby steps

Dwa dni i dwa posty - nie wiedziałam, że będę w stanie to robić ;p I chociaż faktycznie jest ciężko znaleźć czas, siedzę sobie z rodzinką w salonie i oglądamy America's Got Talent, więc postawiłam na multitasking. 
Nie wiem, czy to wynik nieodczuwalnego dotąd jet lagu, czy wielu wrażeń w ciągu dnia, ale dość szybko staję się zmęczona. Mogłabym się kłaść o 17, ale oczywiście nie będę marnować w ten sposób swoich amerykańskich dni. 
Dzisiaj jednak przeszłam samą siebie - tak jak wstawałam o 11 przez ostatnie pare tygodni, dziś obudziłam się o 5:40. Nie mogłam dalej zasnąć, więc postanowiłam się trochę pokręcić po domu. Normalnie stwierdziłabym, że to jest po prostu kretyński pomysł i zmusiłabym się do powrotu do łóżka. Dziś nie zdałoby się to na niewiele, bo o 6:20 i tak musiałam wstać, żeby na 7 zdążyć na water polo practise. 
Nigdy bym się nie spodziewała, że to wytrzymam. Owszem, pływam, ale nie po amerykańsku. Tutaj trening naprawdę ma sens. Stawia się na ćwiczenie wszystkich części ciała, pracę nad wszystkimi aspektami ruchu. Pierwsza część trwała 1,5h i składała się głównie ze zwykłego - jednak bardzo intensywnego pływania. Nie było jako takich przerw. Jak skończysz jedną partię, znajdujesz sobie drugą, nawet jak nikt ci nie każe tego robić. Nie marnujesz czasu. Druga część to bardziej trening wytrzymałościowo-siłowy i więcej elementów water polo (bardzo agresywnych elementów, tak na marginesie).
Między częściami była półgodzinna przerwa, podczas której wszyscy jedli śniadanie, przygotowane podczas naszego pływania przez trenerkę Jamie. To bardzo miłe z jej strony, tym bardziej, że naprawdę się napracowała - były ogromne muffiny, coś w rodzaju śmiesznych kiełbasek, dziwne smażone chlebki, owoce i coś, co faktycznie jadłam - chocolate chip pancakes; po amerykańsku ;)) Członkowie drużyny codziennie deklarują się, czy ktoś coś przynosi na śniadanie i co to będzie. Nie ma sytuacji, w której nie ma chętnych - każdy chce coś zrobić. 
Poznałam wielu ludzi, dowiedziałam się, że 'I'm good at making friends' i będzie mi prawdopodobnie łatwo w szkole z tego względu (poczekamy, zobaczymy), a część myślała, że angielski to mój first language, więc zrobiło mi się baaaaardzo miło ;p Wszyscy byli niezwykle przyjacielscy. Nie wiedzieli jednak za dużo o Polsce (chociaż nikt nie sądził, że to stan), a pierwsze pytanie jakie mi zadano, było o imprezy ;D

Po południu jechałam z Elishą do Craiga na chwilę. Wpadła po mnie jak robiłam sobie lunch. Kiedy poprosiłam żeby zaczekała, popatrzyła na mnie i powiedziała, że mogę to wziąć ze sobą. Jechałam więc z porcelanową miską z łyżką w środku.
Jutro rano mam spotkanie z counselor w szkole, a potem wyruszamy na plażę. Będziemy mieszkać w domku nad oceanem razem z rodziną .. mojej rodziny; już nie mogę się doczekać! Wracamy w niedzielę, więc przez następne parę dni na pewno nic nie napiszę.

Niezbyt związane, ale chciałam wam to pokazać - największa mikrofalówka jaką widziałam. 
Wyglądała jakby miała prawie metr!


Dostałam prośbę o opisanie procesu związanego z oficjalną wizą. Otóż zademonstruję na moim przelocie. W ambasadzie/ konsulacie USA nie dostajesz wizy, mimo tego, że powszechnie się tak uważa, a potocznie tak to nazywa. Jest to w rzeczywistości promesa wizowa, czyli poświadczenie, że możesz tą wizę dostać, ale dopiero na lotnisku w Stanach (wtedy to jest chyba tylko pieczątka...)
Na warszawskim Okęciu drukowałam boarding passes od razu na dwa loty. Musiałam więc podać adres pod który będę się kierować pod przylocie do Stanów - w tym wypadku adres h-family. Nadałam bagaż (od razu do Portland) , przeszłam przez odprawę, poleciałam do Amsterdamu. Tam przeszłam przez dwie odprawy. Pierwsza to sprawdzenie dokumentów. Bardzo miła pani, która ciągle zwracała się do mnie 'madam' chciała zobaczyć paszport z promesą i dokumentem który ambasada przypięła do paszportu (certificate of eligibility for exchange visitors (J-1) status)Uwaga - ambasada nie może tego robić ;d Babka się zdenerwowała i mówiła, że wiecznie to robią, a nie powinni. Pytała także o to, po co jadę, czy to mój pierwszy raz w Stanach oraz czy pakowałam torby podręczne sama i czy cały czas na lotnisku miałam je na oku. Dodatkowo chciała zobaczyć adres rodzinki. Po wszystkim skierowała mnie do tradycyjnej odprawy, kontroli bagażu. Był mi więc potrzebny tak naprawdę jedynie paszport, reszta, poza adresem, była w środku.  W samolocie do Portland wypełniałam customs declaration. Zaznaczasz tam, czy przewodzisz jedzenie (żelki, oreo, tego typu drobiazgi się nie liczą; bardziej chodzi o mięso), zwierzęta, jakieś kultury bakterii, ślimaki ;o, czy przewozisz więcej niż 10.000$, wpisujesz dane kontaktowe itp. Musisz także wypisać przedmioty, które wwozisz, a zostaną one już w Stanach - czyli prezenty dla h-family. Wychodząc z samolotu trafiasz do pomieszczenia podzielonego na dwa - foreign visitors i u.s citizens. Po odstaniu godziny w kolejce i podejściu do okienka, skanujesz palce jak w ambasadzie, robią ci zdjęcie, sprawdzają paszport i ten dokument, który ambasada przypina, przybijają pieczątkę, dostajesz oficjalną wizę. Życzą ci miłej wymiany i jechane do terminalu ;) Jak widać, nie miałam żadnych przygód, za co jestem wdzięczna - jak na pierwszy lot samolotem, nie potrzebowałam więcej rozrywki ;p